piątek, 21 lipca 2017

Koe no Katachi (A Silent Voice) - recenzja

Dla kogo: dla każdego
Kto zrobił: Kyoto Animation
Motyw przewodni: szkoła, przyjaźń, odkupienie
Rok produkcji: 2016
W jednym zdaniu: Piękna i wzruszająca, choć niepozbawiona zgrzytów, historia o przyjaźni i pojednaniu.


Zacznę prosto z mostu. Koe no Katachi to najlepsze pełnometrażowe anime jakie oglądałem od czasu bodaj Wilczych dzieci. Muszę jednak wtrącić tu dwa zastrzeżenia. Po pierwsze nie dane było mi jeszcze zobaczyć Kimi no Na wa, które bije rekordy popularności w Japonii i przynosi równie rekordowe zyski. Po drugie na moim rozkładzie nie figurowało ostatnio zbyt wiele pełnometrażówek rodem z kraju wschodzącego słońca. Niemniej jest to świetny tytuł, który będę zawsze gorliwie polecał. Jeśli zatem, drogi czytelniku, miałbyś tutaj skończyć lekturę tego tekstu, to zachęcam Cię do seansu. Jeśli jednak masz parę minut i może nawet kubek ciepłej herbaty w dłoni – zapraszam i obiecuję – nie będę rozwlekał (no, postaram się). 


Zanim jednak udamy się w najistotniejsze elementy tej recenzji, powiedzmy sobie parę słów o sprawach związanych z produkcją KnK. Wielbicielom anime zapewne nie trzeba przedstawiać studia Kyoto Animation, zresztą nawet taki pół-laik jak ja dość dobrze kojarzy Kyoani. Jednak dla zupełnie niezorientowanych w temacie napiszę krótko – jakość, dbałość o szczegóły, wysoki poziom oprawy audiowizualnej. W tych aspektach Kyoani w zasadzie nigdy nie schodzi poniżej pewnego, wysokiego, poziomu. Reżyserem Koe no Katachi została wybrana Naoko Yamada – jej dotychczasowym najbardziej znanym tytułem jest K-On!, będący jedną z najczęściej polecanych produkcji z gatunku slice of life. Nawet jeśli nie kojarzycie o czym mówię, to jest duża szansa, że przekopując zakamarki internetu natknęliście się na jakiś gif lub obrazek pochodzący z tej serii. No ale miałem nie przynudzać, więc do konkretów – mamy solidne podstawy do dobrej produkcji – studio, które wielu umieszcza pośród najlepszych; młodą, ale doświadczoną panią reżyser i solidny materiał źródłowy.


 
Ano właśnie – KnK bazuje na mandze o tym samym tytule cieszącej się sporym szacunkiem. Historia jest już zamknięta i chociaż fabuła anime nie pokrywa się podobno w stu procentach z pierwowzorem, to główne punkty historii pozostają zbieżne. Opieranie się na literaturze (pytanie egzystencjalne – czy komiks, w tym przypadku manga, to literatura?) wiąże się jednak z pewnymi pułapkami, które nie do końca udało się ominąć patrząc na efekt końcowy dzieła animatorów z Kyoto. Chodzi mi tutaj głównie o mnogość wątków i postaci. I o ile większość nici fabularnych została w finale ładnie splątana i/lub wyprostowana, o tyle nie wszyscy bohaterowie zostali poprowadzeni w odpowiedni sposób. Tutaj pokazuje swoje zęby zdradliwa natura filmów pełnometrażowych, gdzie w mniej więcej 120 minut trzeba zmieścić esencję opowieści (a ta zawsze jest opowiadana przez bohaterów). To ponad połowa mniej czasu niż w przypadku zwykle trzynastoodcinkowej serii i przy tak szerokim wachlarzu postaci należy wykazać się nie lada kunsztem. Tutaj mam wrażenie trochę tego doświadczenia zabrakło i jest to największa i zarazem chyba jedyna poważna wada produkcji. 


Przejdźmy zatem do samej fabuły. Głównym bohaterem jest Ishida Shouya – chłopak, którego poznajemy w podstawówce. Jego szkolne życie płynie gładko i przyjemnie do momentu, w którym w jego klasie pojawia się nowa koleżanka, Nishimiya Shouko – niesłysząca. Jesteśmy świadkami jak dzieciaki, zirytowane specjalnym traktowaniem, bez którego mała Shouko nie jest w stanie nadążyć za klasą, zaczynają jej dokuczać. Na czele tej grupy staje Ishida. W tej części opowieści całkiem realnie został ukazany mechanizm prześladowania. Na początku widzimy jak poszczególni uczniowie mają różne nastawienie do niepełnosprawnej koleżanki. Niektórzy próbują jej pomóc, inni są obojętni, a jeszcze inni są nastawieni negatywnie. Niestety okazuje się, że Ishida jest dość popularny w klasie i każdy kolejny jego dowcip staje o krok dalej niż poprzedni, a coraz więcej kolegów i koleżanek przyłącza się do niego. Żeglując na fali popularności chłopak pozwala sobie na coraz więcej, w końcu doprowadzając do tego, że Nishimiya zmuszona jest znów zmienić szkołę. To wydarzenie zmienia jednak układ nastrojów w klasie – gdy prawda wychodzi na jaw, rówieśnicy Ishidy odwracają się od niego i teraz on sam staje się wyrzutkiem. Następnie akcja przenosi się kilka lat w przód, do czasu, w którym dwójka głównych bohaterów wpada na siebie i ich losy znów się splatają. To w zasadzie tylko zalążek fabuły, która porusza wiele poważnych spraw – gnębienie, poczucie winy, pojednanie, przebaczenie, przyjaźń, uczciwość względem innych oraz siebie samego. W tej opowieści zawarto wiele emocji i udało się (jak na japońskie standardy) uniknąć (w większości) zbędnego przedramatyzowania, chociaż jeśli jesteś cynikiem albo masz wyjątkowo paskudny nastrój, może ominąć Cię spora część tego ładunku emocjonalnego, który jest według mnie główną siłą produkcji.


Oprawa audiowizualna stoi na wysokim poziomie, staranne projekty postaci (nie czytałem mangi więc nie odniosę się do pierwowzoru) bardzo przypadły mi do gustu, każdy z bohaterów wyróżnia się na tle innych nie tylko wyglądem ale również sposobem poruszania czy manierami. Nie zauważyłem żadnych niedociągnięć animacji, a to świadczy o tym, że albo jest ona dopracowana albo fabuła wciąga na tyle, że widz nie ma czasu na wyszukiwanie drobiazgów. Tak czy inaczej punkt dla Kyoani. Również miłośnicy podziwiania teł (tak, na pewno tak się to odmienia, sprawdzałem) będą zachwyceni. Pojawiają się też charakterystyczne dla Kyoani zabawy z kadrowaniem oraz głębią ostrości. Jeśli jeszcze nie przekonałem Cię do docenienia oprawy wizualnej, po prostu spójrz na rozrzucone w tej recenzji obrazki. Na pochwały zasługuje też ścieżka dźwiękowa i może bardziej niż w innych animacjach reżyseria dźwięku. Motyw przewodni – lit – wpadł mi w ucho na długo i świetnie wpasowany w scenę finałową tworzy niezapomniane przeżycie. Bardziej dociekliwym muzycznie (i znającym angielski) czytelnikom polecam ciekawą analizę, którą można znaleźć na Youtube wpisując frazę The Shape of Music in A Silent Voice, pokazującą jak wiele pracy i przemyśleń włożono w ścieżkę dźwiękową i zespolenie jej z wydarzeniami przedstawianymi na ekranie.


Koe no Katachi to naprawdę świetna historia, poruszająca ważne wątki, wykonana z precyzją, ale również z olbrzymim sercem. Niesie ważną lekcję – dla każdego zapewne nieco inną, ja nie będę zdradzał mojej interpretacji – najlepiej sprawdźcie sami. Polecam seans na spokojnie; nie oglądajcie KnK jednym okiem czy z przerwami, bo jeśli nie wpadniecie w odpowiedni nastrój możecie na tym stracić, a jest do stracenia naprawdę wiele. 

-tlen






Ocena końcowa: 5+/6

Plusy:
- ciekawa fabuła o dość realnie zaprezentowanych wątkach
- potężny ładunek emocjonalny
- strona wizualna
- muzyka i reżyseria dźwięku

Minusy:
- momentami przedramatyzowanie
- nieco chwiejne tempo narracji nie pozwalające rozwinąć skrzydeł postaciom drugoplanowym

Podobne animacje:
- 5 centymetrów na sekundę
- The Garden of Words




wtorek, 24 listopada 2015

Niedługo wracamy!


Tak się złożyło, że ostatnio trochę mniej piszemy na blogu. Co prawda ze względu na jego naturę (większość wpisów to recenzje) zawartość jest ponadczasowa (tak się przynajmniej lubimy pocieszać ;)), jednak nie ma co ukrywać, że blog nie aktualizowany to blog martwy. Jednak życie osobiste daje nam trochę w kość i po prostu brakuje nam czasu na pisanie postów, które nie byłyby tylko zapychaczami. Nie martwcie się - dalej oglądamy masę animacji - materiału do recenzowania mamy więc sporo. Zapowiada się jednak na to, że listopad będzie pierwszym od roku miesiącem bez (merytorycznego) wpisu. Cóż, trzeba jakoś te ciężkie czasy przetrwać. Na pewno zrobimy podsumowanie tegorocznych animacji - został nam na rozkładzie jeszcze chyba tylko Dobry dinozaur. Tak więc zbieramy siły i niedługo wracamy. Nie gaście odbiorników!